Towarzyszy mi niemal od samego początku mojej wędrówki po świecie. Z pozoru kolejne blaszane pudło, z tym, że w nim dzieje się elektroniczna magia. Odsłaniające jego wnętrzności szklane drzwi są niczym portal do wirtualnego świata. Komputer PC, bo o nim mowa, i z którym ja mam do czynienia przeszedł kilka zmian, począwszy od białego monitora CRT na mieszance Ryzena 5 i GeForce’a RTX kończywszy. Spośród nich najcieplej wspominam inkarnację, którą dostałem w prezencie komunijnym przeszło naście już lat temu, a pomysł na jej rekonstrukcję, bo tym się zająłem ostatnio, zrodził się przypadkiem.
Dobra, demko GotY 2025 ograne, można więc coś-tam opowiedzieć. Jako że łatwiej kogoś zniechęcić niż zachęcić, będę szedł od kwestii w moim odczuciu najgorszych aż po te które najbardziej przypadły mi do gustu.
Przede wszystkim, powiedzieć że sterowanie jest mało przyjemne to jak nic nie powiedzieć. Poświęciłem kilka minut na wymyślenie jakiegoś porównania ale nie, najlepiej pasuje to które przyszło mi do głowy w pierwszych kilkunastu sekundach rozgrywki - kontrolowanie Nyrasa przypomina prowadzenie przeładowanej taczki, i to po mocno nierównym terenie.
Poruszanie się w Sunset Overdrive to czysta radość, dlatego tym bardziej szkoda, że gra nie odbiła się większym echem w branży. Bohater ślizga się po dachach czy liniach wysokiego napięcia i skacze po wielu elementach zabudowy miasta, tworząc system zachęcający do kreatywnego docierania do celu.
Ogromna w tym zasługa projektu samej metropolii. Poruszanie się tylko ślizgiem jest rzadko możliwe, dlatego należy ciągle mieszać wiele różnych ruchów, by nie dotknąć ziemi. Przeskok przez pięć samochodów, trzy wentylatory, dash w powietrzu i bieg po ścianie budynku to naturalna część każdej misji.
Właśnie skończyłem Vampire Mascarede Bloodlines 2 na Xbox Series X. I po zakończeniu tej gry mogę powiedzieć, że jestem cholernie zadowolony. W przeciwieństwie do wielu, wiedziałem, że VMB2 nie będzie Immersive simem czy pełnoprawnym rpg. Spodziewałem się raczej gry bliższej Nobody Wants to Die niż symulacji systemu rpg. I to w dużej mierze pomogło mi zaakceptować tym czym ta gra jest i czym nie jest. Nie jest na pewno pierwszymi Bloodlinsami, a w samej grze znajduje się tylko jedna postać z poprzedniczki, która pojawia się tylko na chwilę. A ja jeśli nie pamiętasz jej lub nie grałeś w VMB1 to nic nie stracisz (tylko będziesz się zastanawiać kim była ta osoba)...
Krótkie wrażenia po ograniu STAR WARS: Bounty Hunter.
Generalnie to bardzo kompetentny port gry wydanej na PS2/GC na współczesne komputery PC i konsole. Natomiast pod względem rozgrywki widoczne jest, że gra ma dwie dekady. Sterowanie, choć zmodernizowane na potrzeby tego portu, nadal trąci myszką. Automatyczne celowanie ma tendencję do przeskakiwania między wrogami lub celowania w cywilów w trakcie walki. Było to o tyle clunky i denerwujące, że zrezygnowałem z grania na Steam Decku po dwóch misjach i ukończyłem grę na PC za pomocą myszy i klawiatury.
Komentarze użytkowników